JĘZYK MIŁOŚCI

Nie jest łatwo wypowiedzieć słowami rzeczywistość, która prze­kracza wymiar ludzkiej mowy. Człowiek ciągle porusza się w kręgu tajemnic, które słowo może naruszyć, a nawet zniszczyć, ale może też ich treść rozjaśnić. Miłość należy do tych zjawisk, które rodzą się w ciszy i często bardziej potrzebują milczenia niż najpiękniejszych słów. Milczenie pomaga skupić uwagę na drugim człowieku.

Nie jest to zatrzymywanie wszelkiej myśli, jak w ćwicze­niach hinduskich. Milczenie wytwarza przestrzeń ciszy po to, aby móc lepiej się z drugim człowiekiem spotkać. Ta cisza jest ?milczeniem ukochanej wpatrującej się w ukochanego”. Dlate­go milczenie niesie w sobie ?uciszenie”. Tak właśnie matka wpatruje się w ciszy w swoje niemowlę.

Milczenie pomaga w skupieniu, pod warunkiem, że nie jest tylko milczeniem warg, lecz że prowadzi człowieka z całą uwagą do drugiego człowieka: do męża lub żony.

Milczenie, tak jak i słowa, jest tylko narzędziem wypowia­dającym ducha. Tak jak nie można ?zagadać” miłości słowami, tak też nie można jej ogłuszyć milczeniem.

Milczenie jest początkiem czujności, aby lepiej wypowie­dzieć miłość. Jest więc milczenie i cisza także językiem miłości.

Język miłości szuka sposobów, jak ?przełożyć” miłość na każdą chwilę dnia. Innymi sposobami posługują się małżonko­wie, innymi dzieci, innymi cała wspólnota rodzinna.

Aby język miłości mógł być wspólnie czytany, trzeba po­czynić pewne prace wstępne. Wydaje się, że jednym z zadań jest usunięcie z tworzenia więzi małżeńskiej ideału własnego ?ja”.

Następnie – wyzbycie się odnawiania pamięci żywionej ?uraza­mi z dzieciństwa”, która w podświadomości miałaby tłumaczyć słabości, jakie dotychczas nie zostały pokonane samowychowa­niem, a teraz rzutują na więź małżeńską.

Takie sytuacje w niczym nie zmieniają elementarza miło­ści, którym jest wzajemny szacunek, pierwszy warunek miłości. Małżonkowie wypowiadają go wobec siebie, gdy każde z nich umie uznać własną małość, a jednocześnie wielkość drugiej stro­ny. ?Uznać wielkość to podstawowy warunek szacunku, wolna przestrzeń, w której drugi człowiek – z jego godnością i urodą – ma warunki rozwoju. To ?święta bojaźń? przed tym, co w dru­gim człowieku wielkie”(L. Boros Spotkać Boga w człowieku). Po­maga wiedzieć, że rosnąć trzeba wspólnie.

Mieć szacunek w sobie dla innych, to jakby jeszcze za mało. Trzeba się nauczyć go wyrażać. Rodzina, która jest szkołą wszyst­kich cnót, jest także poligonem wzajemnego szacunku, aby w niej zdobyty, owocował zawsze. Jest on nie tylko fundamentem wszel­kiego budowania, ale także warunkiem szczęścia całej rodziny.

Był przed rokiem jubileusz 75-lecia pożycia małżonków, którzy w trudnych warunkach wojny wychowali pięcioro dzieci. Kiedy dzieci ?poszły w świat”, zajęli się rzeźbą, wyczarowując cudne rzeczy z drewna. Sędziwy, a jednak pełen humoru jubi­lat, zapytany o tajemnicę ich szczęśliwego małżeństwa, odrzekł z prostotą: ?Nigdy, nawet w najtrudniejszych czasach wojny, nie wypowiadaliśmy wzajemnie do siebie słów, które w najmniej­szym nawet stopniu umniejszyłyby ogromny szacunek, jaki ży­wimy w stosunku do siebie. Zawsze odnosiłem się do mojej żony nie tylko serdecznie, ale i ze czcią, a ona nie była mi dłużna. Tak było przez 75 lat i pewnie już tak zostanie. W takim też duchu wychowywaliśmy nasze dzieci”.

To wspaniałe małżeństwo nie jest jedyne, a jednak bar­dzo potrzeba nam takich świadectw, bo obecnie w świecie, na­wet w miejscach, gdzie mówi się o kulturze, wulgarne słowa zdobywają popularność.

Język miłości jest językiem prawdy (radzę zajrzeć ponow­nie do rozdziału II), która objawia się prawdomównością i szcze­rością wszystkich członków rodziny. Na niej opiera się autorytet rodziców. Dzieci pilnie obserwują, czy życie rodziców jest zgod­ne z ich słowami, czy słowa odpowiadają tym zasadom, które głoszą. Chociaż każdy w rodzinie jest nauczycielem miłości, to jednak małżonkowie są nauczycielami nie tylko dla siebie wza­jemnie, ale także, i to szczególnie, dla swoich dzieci. Dołącza tu często szerszy krąg, z którym rodzina ma kontakt.

Buduje więc miłość w rodzinie zarówno autorytet rodziców, jak i czujna obserwacja dzieci, które domagają się konsekwencji w postępowaniu. Charyzmat wychowawczy rodziców powiększa ich własny rozwój. Nie umniejsza to autorytetu rodziców, jeśli dzieci widzą ich wysiłki w okazywaniu dobroci.

Serdeczna czułość, wypowiadana w gestach i słowach, rodzi w całej rodzinnej wspólnocie poczucie bezpieczeństwa i wzbu­dza radość. Jest ona, tak jak i uśmiech, bardzo często darem nie­łatwym, ale zawsze zdobywa serce człowieka obdarowanego. Dzięki temu często staje się uzdrowieniem niemocy nie tylko duchowej, ale także i słabości fizycznej. Rozbudza pragnienie bycia razem. Zaprasza do wspólnych rozmów, które są zdobywa­niem wspólnego bogactwa, uczą dialogu i kultury bycia z sobą. We wspólnym przebywaniu przykład rodziców i ich doświad­czenie zabezpieczają przed pomyłkami, a także są osłoną dla najmłodszych w rodzinie, którzy chcąc naśladować starsze ro­dzeństwo, wywołują ogólną wesołość, niekiedy raniącą. Bo wy­rastający już z dzieciństwa bracia i siostry nie są jeszcze na tyle mocni, żeby nie odczuwać potrzeby okazywania swojej siły. Wte­dy ingerują rodzice, którzy już doświadczyli w życiu bezrad­ności i mają na tyle ?siły”, by chronić bezbronnych i zabez­pieczyć maluchy.

Wspólne przebywanie i wspólna praca jest ?szczegółową” nauką miłości. Badania prowadzone przez lekarzy w Hopkins University w latach 1948-1964 wykazały, że z powodu braku więzi z rodzicami dzieci chorują na wiele chorób, wydawałoby się, nie związanych z psychiką. Na pierwszym miejscu są wymieniane: nadciśnienie, nowotwory złośliwe, nawet choroba wieńcowa, a zaburzenia psychiczne są często tłem samobójstw. Natomiast National Institute of Mental Health relacjonuje, że w rozwo­ju przestępczości nieletnich nieobecność ojca odgrywa więk­szą rolę niż nędza.

A co począć, jeżeli inne badania z krajów zachodnich dono­szą, że przeciętny nastolatek spędza na rozmowie z ojcem prze­ważnie mniej niż dwie minuty dziennie, a z matką trochę ponad cztery minuty!

Czy psychika dzieci może wytrzymać takie ?ekspresowe” tworzenie więzi? Dlatego na alarm biją wszyscy, którzy mają za­wodowy kontakt z dziećmi, zaniepokojeni rozwojem nerwic i objawów frustracji.

Tylko dom rodzinny może uchronić dziecko i całą rodzinę przed destrukcją. Dom rodzinny, w którym jest ?duży stół”, miejsce nie tylko posiłków, ale i serdecznych rozmów całej ro­dziny, która umie i pragnie spotkać się z sobą choćby na kilkana­ście minut. Spotkać się także po to, by spojrzeć na siebie i otrzy­mać wzajemne spojrzenie, odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech, a może czasem też zapłakać i być pocieszonym.

Nie spełni tego zadania małżeństwo z jednym synem lub córką, bo przecież język miłości małżonków – rodziców jest nie­co inny niż dzieci. Kontakt z jedynakiem może być doskonały, ale dziecko rozwija się także w .kontakcie z dziećmi, i to nawet wtedy, gdy różnice wieku są wyraźne. Wzajemne relacje dzieci wobec siebie mają znaczenie wychowawcze nie mniejsze niż kontakt z rodzicami. Środowisko rodzinne spełnia swoją funk­cję, gdy jest w domu choćby troje dzieci. Tworzą one swoją spo­łeczność, w której uczą się rozmawiać, ustępować sobie, mają swoje ?tajemnice” i tworzą swój świat, którego pilnie strzegą. To wszystko rozwija ich osobowość i intelekt. Rodzice nie mu­szą się lękać nowego ciężkiego trudu, bo chociaż każde dziecko jest inne, to to, co przekażą pierwszemu dziecku, już w następ­nym procentuje, a część wychowawczego trudu przejmuje od nich pierworodne dziecko.

Rodziny wielodzietne są na ogół bardzo radosne i zawsze pielęgnują wśród siebie jakiegoś ?geniusza” rodziny, a potem społeczeństwa.

Rodzice często stwierdzają: ?Nie mamy kłopotów, dzieci wiele spraw załatwiają między sobą, nigdy się nie nudzą, jedno bawi drugie, a jeśli chodzi o sprawy materialne, to każde następ­ne zarabia na starsze”. Jeśli matka jest gospodarna, to potrafi tak pokierować domem, że kupuje się jedne buty w sezonie, dzieci noszą jedne po drugich i cieszą się z tego. Jest to korzystne dla ich duchowego rozwoju.

Problemy wywołuje telewizja, która wywiera moralną pre­sję na rodziców, aby była płynna sprzedaż drogich zabawek.

Opowiada dziś poważny profesor, który jeździ dobrym sa­mochodem: ?Wiesz, w dzieciństwie najeździłem się świetnym mercedesem do woli”. ?Jak to?” – pytam. ?A zwyczajnie – kijek z lasu za kierownicę, moje nogi to koła i żaden z chłopaków nie mógł mi dorównać. Cóż to była za radość!”

A więc język miłości w rodzinie to niekoniecznie drogie zabawki, to nie zawsze śliczne buciki, ale to koniecznie czas na bycie z sobą, to koniecznie radosna atmosfera. Środowiskiem dla dzieci są ich bracia i siostry, którzy razem z rodzicami ?są ich domem”. Dzieci nie muszą wtedy przeżywać trosk i kłopotów dorosłych. Tak się z konieczności dzieje w życiu jedynaków.

Małżonkowie w cały klimat miłości życia codziennego włą­czają swoje zjednoczenie małżeńskie. Jest to tylko ich i dla nich język miłości. Jest on pieczęcią miłości małżeńskiej. Służy roz­wojowi do pełni człowieczeństwa i rozwija ich twórczość rodzi­cielską. Nie zatrzymuje ich w drodze i pozwala na stałe dawanie, które chociaż obciążone trudem, jak każda twórczość (mówi o tym rozdział siódmy), pozwala dzięki owocom twórczości zapo­mnieć o trudzie i zmęczeniu. Jest to cena wielkości.

Język miłości rozwija małżonków i dzieci, całą rodzinę, jest nim także wzajemne sprawianie sobie przyjemności lub, aby traf­niej powiedzieć, sprawianie sobie nawzajem radości. Ta niezwy­kła, a może zwykła pedagogika miłości, wypróbowana została w rodzinie państwa Martin (kandydatów na ołtarze) jako zwyczaj codzienny. Przeniesiona na język wiary i więzi z Chrystusem zaowocowała świętością pięciu córek, a wśród nich kanonizowa­nej Małej św. Teresy. Taki język miłości rodzinnej, stosowany wspólnie i wzajemnie, rozszerza serca, uczy stałego dostrzegania innych i pokonuje w człowieku naturalne pożądliwości. Jest to więc ?gwarantowany” język miłości. Przyjemność oznacza w nim uczynki dobroci i ofiarności.

Przypomnijmy poprzednie etapy naszej wędrówki, aby uświadomić sobie, że miłość prawdziwa jest wymagająca. A więc:

Sprawianie przyjemności dzieciom przez rodziców nie jest tym samym, co uleganie ich zachciankom. Trud wyważenia mię­dzy zachcianką dziecka a potrzebą należy do charyzmatu rodzi­ców, którzy przekazują dzieciom zdobyte przez siebie uprzednio doświadczenie w zakresie rozróżniania między dobrem a pozo­rami dobra.

Umiejętne stwarzanie sytuacji, aby wynikneło z niej praw­dziwe dobro, jest także sztuką ?sprawiania przyjemności”.

Dobroć rozszerza horyzonty i wtedy pozwala zobaczyć wo­kół siebie.wielu ludzi spragnionych serdeczności i uśmiechu. Może nie zaznali jej tyle, ile pragnęli, teraz szukają jej w oszo­łomieniu alkoholowym lub narkotykach, czy choćby w ?przy­jacielu papierosie”.

Jeśli rodzina chce być szczęśliwa, musi otworzyć swoje ramiona i ogarnąć nimi nie tylko własnych członków. Szczę­ście otwiera drzwi domu, aby się dzielić tym wszystkim, co jest w nim dobrem. Bo dobro prawdziwe ma to do siebie, że lubi się rozlewać szeroko. To jest też owoc języka miłości wyniesionego z domu rodzinnego, którego nie da się zastąpić żadnym innym domem.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.