NAJWYŻSZA TWÓRCZOŚĆ

?Pierwszy Kochający” zaprosił do współpracy ze sobą oso­bę ludzką, którą powołał do istnienia z miłości. Opowiedział się za istnieniem osoby kochanej.

?Osadził” więc osobę ludzką w swojej Miłości tak mocno, że przelał także w nią samą możność kochania. Dał temu wyraz poprzez zaproszenie jej do wspólnoty z sobą. Równocześnie uka­zał wzór takiej wspólnoty na ziemi, stwarzając mężczyznę i nie­wiastę. Małżeństwo nie jest pomysłem ludzkim. Jest ukazanym modelem, poprzez który może urzeczywistniać się tajemnica jed­ności osób. Tkwi więc w małżeństwie, tajemniczym związku dwojga, odwieczny plan Boga, co nadaje mu wieczystą godność. Pomaga on nam ?podpatrywać wewnętrzne życie Boga”.

Bóg z miłości stwarza, człowiek z miłości tworzy, małżon­kowie w zwieńczeniu wzajemnej miłości – rodzą.

Rodzicielstwo jest więc, po dziełach stwórczych Boga, naj­wyższą możliwą twórczością, jaką otrzymali ludzie, jakby ucze­stnicząc w miłości Boga-Stwórcy.

Tak to rodzicielstwo jest twórczością nad twórczościami, obejmując całego człowieka, także w jego wymiarze cielesnym, równocześnie zaś przewyższając ten wymiar. ?Człowiek jako ca­łość pragnie, kocha i tworzy” (E. Gilson Szkoła muz).

Prawdziwa miłość, która inspiruje twórczą współpracę ze Stwórcą, przekracza wszelką fizjologię i nie jest ?wymuszana” popędami. Oznacza to, że przekraczanie fizjologii nie usuwa jej, nie niszczy, ale że fizjologia, nadal uczestnicząc w działaniu ludz­kim, nie ogranicza praw i przywilejów człowieka jako istoty cielesno-duchowej.

?Homo sapiens” jest zabezpieczony w swym przetrwaniu nie dzięki ślepemu instynktowi, ale dzięki prawdziwej miłości skojarzonej ze świadomą odpowiedzialnością. Rodzicielstwo ludz­kie, niezależnie od okoliczności, w których się realizuje, zawsze korzeniami swymi tkwi w miłości. Nawet wtedy, gdy człowie­kiem zawładnie potężna siła erosa. Człowiekiem, który nie zdołał uprzednio wyrobić w sobie zdolności opanowania swo­ich popędów.

Siła erosa dana jest człowiekowi jako siła dynamizująca jego działanie i wtedy spełnia swoją dobrą, bo właściwą sobie funk­cję. Jeśli natomiast bierze w posiadanie człowieka i zaczyna nim władać, może uniemożliwić rozwój prawdziwej miłości, która nie odbiera wolności i odpowiedzialności. Jest ta miłość ściśle po­wiązana z rozumnością człowieka, który bardziej pragnie miłości niż przeżyć seksualnych, po których pozostaje mu właściwy dla przeżyć zmysłowych niedosyt. Działanie człowieka także wtedy nie przestaje być działaniem ludzkim, chociaż obarczone jest sła­bością najniższych warstw wegetatywnych ludzkiej natury. Nie­wykorzystanie możliwości pełnego człowieczeństwa pozostaje zawsze sprawą odpowiedzialności wolnej woli człowieka. Czy ob­ciążenie tą odpowiedzialnością ponosi on sam, czy też wspólnie z rodzicami, a może i całą społecznością, która uczestniczyła w jego dojrzewaniu do pełni człowieczeństwa? Pozostanie to na tej ziemi tajemnicą.

A jednak to miłość poczyna każdego człowieka, tak jak każ­dy człowiek uzdolniony jest do miłowania, w którym uczestni­czy rodzicielstwo. Jeśli z jakichś przyczyn ograniczone jest ro­dzicielstwo cielesne człowieka, to skoro w rodzicielstwie ludz­kim są jakby ?dwa człony”: biologiczny i duchowy, to nikt, tak­że ten człowiek, który nie uczestniczy w rodzicielstwie biolo­gicznym, bo został powołany powołaniem szczególnym do dzie­wictwa, nie jest wyłączony z daru rodzicielstwa, realizuje go w rodzicielstwie duchowym, które jest twórczą współpracą czło­wieka ze Stwórcą.

Człowiek ma rodzicielstwo zakodowane w swoich ducho­wych, wyższych uczuciach. Pragnie go jako owocu, jako zjedno­czenia osób, które jest wyrazem miłości – czy będzie to miłość małżeńska, która prowadzi do rodzicielstwa biologiczno-duchowego, czy miłość dziewicza, która prowadzi do rodzicielstwa duchowego. Ten przywilej należy do natury człowieka!

Inny ład panuje w przyrodzie. Człowiek nie ma możliwości upodobnienia się do przyrody, przyroda zaś nie może upodobnić się do człowieka. Naruszenie podstaw ładu wpisanego w naturę grozi katastrofą. Ładem zaś wpisanym w naturę człowieka jest to, że rodzicielstwo ludzkie jest czymś nieporównanie większym niż znak funkcji biologicznej, jest ono owocem współpracy ze Stwórcą ?w międzyosobowym geście o charakterze płciowym” (HV). Ma wyraz w cielesności ludzkiej, ale się do niej nie ogra­nicza. Toteż i sam fakt zrodzenia nie kończy rodzicielskiej twór­czości. Rozciąga się ona na cały proces wychowawczy. Rodziciel­stwo duchowe, które rozpoczęło się już w chwili poczęcia, teraz nabiera nowych kształtów. Istnieje przecież prawo dziecka do rodziców, czyni ono z kobiety matkę, a z mężczyzny ojca. Także więc dziecko poprzez swoje narodziny ?rodzi” swoich rodziców.

Rozpoczyna się wspólne, rodziców z dzieckiem lub z dzieć­mi, wzajemne wychowywanie się do pełni człowieczeństwa. Dziecko weryfikuje postawy moralne rodziców i dziecko jakby wzbudza w nich perspektywę nieskończoności. Rodzicielstwo duchowe rodziców jest darem dla dzieci i jest również darem dla samych rodziców, co dzieje się w sposób naturalny, zwyczaj­ny. To dziecko chroni rodziców przed pozornym ojcostwem i macierzyństwem, przed pewną formą egoizmu posiadania.

Rodzenie duchowe zabezpiecza więzi z dzieckiem, wytwo­rzone przez rodzicielstwo biologiczne, rozwija je i uzdalnia ro­dziców do samowychowania. To właściwości duchowe człowie­ka wzbudzają w rodzicach i dziecku pragnienie dobra i pragnie­nie doskonalenia się w osiąganiu pełni życia.

Rodzicielstwo ludzkie zawiera więc w sobie wielką tajemni­cę. To ta tajemnica jest ?płodna”. Dlatego nikt ze śmiertelnych nie może jej naruszać, nie umiejąc jej do końca odczytać. Poru­szamy się tu w ?sferze ciszy”, która towarzyszy każdej tajemni­cy. ?Cisza”, ?milczenie” są zabezpieczeniem wielkości miste­rium, w którym uczestniczą sami rodzice i cały świat. Tajemnicą jest życie i tajemnicą jest rodzicielstwo ludzkie, które czerpie z tego, co niewidzialne.

Oto przykład zmagań z tą tajemnicą:

?Dlaczego zaszczepiłeś je na gruncie mojej duszy? Czy Ci nie wystarczało, że masz je w sobie?

Cóż, niechby się ze mnie mnożyli ludzie, niechby zaludniali ziemię. Mnie mogłeś pozostawić samotnym od nich. Byłby sobie ?Adam zewnętrzny? – ten by kwitł i rozrastał się, i byłby ?Adam wewnętrzny? – samotny. Dlaczego żądać od niego, by przepuszczał promieniowanie Twojego Ojcostwa, przełamując je, jak w pry­zmacie, w sobie samym?” (K. Wojtyła Promieniowanie ojcostwa).

Poprzez rozwój nauki dowiedzieliśmy się już wiele o czło­wieku rozwijającym się w łonie matki. A jednak tajemnica życia i rodzicielstwa jest przed nami szczelnie zasłonięta. Można uchylać jej rąbka tylko wtedy, gdy wchodzi się w taje­mnicę, rozpoznając sacrum, głębią swego życia duchowego. Jest ono tak subtelne, że jakby obwarowane specjalnym ?zmy­słem”, który pozwala odkrywać sprawy niedostępne rozumo­wi. Wydaje się, że zanik tego ?zmysłu sacrum” w dzisiejszym świecie jest chorobą duchową i dotkliwym cierpieniem czło­wieka współczesnego. Gubi on jakoś swoje człowieczeństwo, gdy porusza się tylko w kręgu rzeczy i wytworów, dostępnych jego oczom i dotykalnych rękami. To straszliwe zubożenie człowieka objawia się usilną tendencją do porównywania jego rodzicielstwa z rozrodczością w świecie przyrody. Świadczy to o czymś więcej niż o nieporozumieniu: Czy nie jest niszczeniem prawdy o rzeczywistości świata?

Rozmnażanie w świecie przyrody jest ściśle kontrolowane przez nieomylnie funkcjonujące instynkty. Działają one jakby poza nierozumnym stworzeniem i służą wyłącznie przedłużeniu gatunku. Nietrudno to odczytać obserwując przyrodę, nawet wte­dy, gdy niektóre objawy życia świata zwierzęcego zdumiewają nas i budzą podziw.

Do takich bardzo charakterystycznych zjawisk można na przykład zaliczyć rozrodczość nogala z rodziny kurowatych, które opisał B. Dróscher. Niech ten opis pomoże odczytać nieporównywalność życia przyrody z życiem człowieka.

?Nogal przypomina średniej wielkości indyka i waży najwy­żej 2 kg, za to jaja jego są niemal połowy wielkości strusich; za­miast – jak należało oczekiwać – 50-60 g, ważą aż 250 g! Samica w ciągu letniej połowy roku składa co 4-8 dni jedno tylko takie gi­gantyczne jajo, a w sumie 35 sztuk w sezonie. Ponieważ zaś okres wylęgu trwa 7 tygodni, ptak musiałby wysiadywać równocześnie 7-10 jaj o łącznym ciężarze 2,5 kg. Takiej sterty ów stosunkowo niewielki ptak nie mógłby skryć pod skrzydłami ani ogrzać”.

Ptaki te budują więc osobliwe kopce lęgowe o średnicy 5 m i wysokości 1,5 m, zwane wylęgarkami. ?Rolę opału w wylęgar- ce spełniają butwiejące wilgotne liście i trawy, w których niezli­czone mnóstwo bakterii wytwatza bardzo wysoką temperaturę. Przy nieodpowiedniej regulacji ciepło to mogłoby tak silnie na­grzać kopiec lęgowy, że ten zacząłby płonąć, podobnie jak zbyt wilgotne siano złożone w stodole.

Nogal potrzebuje zatem wilgotnego listowia i wilgotnej tra­wy. To jest pierwsza poważna trudność w australijskiej półpustyni, gdzie niełatwo zaopatrzyć się w ten materiał. W letniej połowie roku niemal zupełnie nie padają deszcze. Suche jak pieprz siano nie ulega procesom fermentacji i tym samym nie wytwarza się ciepło. Pożerają je natomiast termity, rozwiewa wiatr, spalają pożary buszu. Gdyby więc ptak zbierał opał bez­pośrednio przed okresem lęgowym, trud jego poszedłby całko­wicie na marne. (…) Nogal rozpoczyna gromadzenie potrzebne­go materiału już podczas australijskiej jesieni, na pół roku przed lęgami. Po wygrzebaniu dużymi łapami dołu o średnicy 3 m i głębokości 1,5 m, zgrzebuje z okolicznego terenu o powierzchni 5000 m2 liście oraz trawę, które ubija w wykopanej jamie, pozo­stawiając lejkowaty otwór, by w czasie pory deszczowej groma­dziło się tu możliwie najwięcej opadów, a substancja organiczna była stale wilgotna. Jeśli zima była bezdeszczowa, ptak likwidu­je inkubator i nie odbywa już tego lata lęgów, zupełnie jak gdy­by wiedział, że jego wylęgarka nie może funkcjonować bez wilgoci.

Tuż przed wiosną, na początku pory suchej samiec, który sam wykonał wszystkie roboty ziemne i kompostowe, powraca do swego dołu. Rozgrzebuje i przerzuca wielokrotnie w ciągu dnia całą zawartość komory fermentacyjnej, z której wzbijają się ciepłe obłoki oparów. W ten sposób przewietrza pomieszczenie aż do momentu odpływu nadmiaru ciepła i osiągnięcia pożąda­nej temperatury 33°C.

Dopiero teraz wolno samiczce wejść do kopca lęgowego, na krótki zresztą okres składania jaja. W tym celu samiec wygrze­buje w określonym miejscu otwór, co trwa godzinę lub nieco dłużej. Na dany znak zbliża się oczekująca cierpliwie w sąsie­dnich zaroślach samiczka i z najwyższą nieufnością sprawdza wy­grzebany chodnik oraz miejsce przewidziane na komory lęgo­we. Jeśli nie jest zadowolona, odchodzi i siada pod sąsiednim krzaczkiem. Samczykowi nie pozostaje nic innego, jak zasypać dół i wykopać inny. Procedura ta może powtarzać się nawet kil­kakrotnie, gdyż samiczka musi być absolutnie przeświadczona, że jajo jej spocznie na istotnie odpowiednim, ciepłym miejscu. Jest coś wzruszającego w sposobie, w jaki samczyk zerka przez barki odbywającej inspekcję samiczki, by sprawdzić, czy jest za­dowolona z jego dzieła.

Natychmiast po złożeniu jaja samiczka opuszcza kopiec, przepada w stepie i przybywa ponownie dopiero po 4-8 dniach, by złożyć następne jajo. Tymczasem samczyk niewiarygodnie wprost się trudzi, by utrzymać w komorze lęgowej inkubatora temperaturę 33°. Żeby cała jego praca nie poszła na marne, tem­peratura może opaść albo wznieść się najwyżej o jeden stopień.

Wiosną ptak przybywa do kopca codziennie, na krótko przed świtem, dogrzebuje się do komory lęgowej i ?zakłada? wywie­trzniki, aby odprowadzić z budowli nadmiar ciepła niezbędnego w nocy, zbytecznego natomiast w dzień, w związku z promie­niowaniem słonecznym. Pod wieczór wywietrzniki te pieczoło­wicie zakrywa.

Z początkiem lata następuje koniec przewietrzania. W wy­niku wyczerpywania się energii cieplnej kompostu gwałtownie spada szybkość reakcji fermentacyjnych, w związku z tym prze­staje się wydzielać duża ilość ciepła, ale za to wzrastająca inten­sywność promieniowania grozi przegrzaniem jaj. Nogal przykry­wa zatem inkubator izolacyjną warstwą piasku, codziennie grub­szą w miarę narastania skwaru i osiągającą w połowie lata 1 m grubości. Tak więc owo małe, ledwie wielkości kury stworzenie zdołało nagrzebać łącznie 20 m3 piasku i ziemi. Trud wprost nie­wiarygodny, ale jak świadczy dalszy bieg wydarzeń, bynaj­mniej jeszcze nie maksymalny.

W pełni lata żar słoneczny na półpustyni australijskiej osią­ga takie natężenie, że owa warstwa piasku już przed nim nie chroni. Lecz większych jego ilości ptak nie zdołałby nagroma­dzić, toteż urządza teraz coś, co śmiało można^ przyrównać do lodówki. O świcie, gdy dmucha jeszcze chłodny wietrzyk, nogal jest już na stanowisku i rozgarnia spore ilości piasku warstwy izolacyjnej, by się możliwie ochłodziły. Potem, bez przerwy drep­cząc, stękając i dysząc, przepycha ów ostudzony piasek przez chodnik w bezpośrednie sąsiedztwo komory lęgowej.

I tak codziennie o świcie niestrudzony kopacz rozgrzebuje pokaźne ilości piasku, rozsypuje go na ziemi, transportuje ochłodzony potężny ładunek do budowli. Ładunek ten, co też jest zaskakujące, nie jest ani za duży, ani za mały, lecz akurat taki, by precyzyjnie obniżyć nadmiar żaru słoneczne­go narastającego w ciągu dnia.

Jesienią, gdy natężenie promieniowania słonecznego male­je i ciepło jest niemal na wyczerpaniu, nogal musi zająć się pro­blemem nagrzewania gniazda. Obecnie pojawia się przy kopcu około godziny dziesiątej, gdy promienie słoneczne padają na budowlę, i rozgrzebuje piaskową osłonę tak, że komora lęgowa znajduje się zaledwie w odległości kilku centymetrów od po­wierzchni, a całość ma wygląd wielkiego spodka.

Teraz może przeniknąć do kopca ożywiające ciepło połu­dnia. Nie wystarcza już ono jednak na noc, która w australijskiej półpustyni jest przeważnie przejmująco zimna. Dlatego ptak rozgrzebuje piasek w południe, by nagrzał się w słońcu, i pcha go potem z najwyższym wysiłkiem w bezpośrednie sąsiedztwo komory lęgowej, tym razem w charakterze grzejnika. Dopiero około czwartej po południu kończy swoją precyzyjną robótkę z zakresu termodynamiki.

Najbardziej zdumiewający jest fakt, że nogal przy tej ?in­żynieryjnej? robocie nie wykazuje jakiegoś automatyzmu, jakie­goś działania według utrwalonego dziedzicznie rytmu sezono­wego. Jeżeli jakiś wiosenny dzień jest wyjątkowo upalny, zacho­wuje się tak, jakby to było lato. Jeśli następne dni przyniosą chło­dniejszą pogodę, powraca znów do czynności odpowiadających robotom wiosennym.

(…) Ptak ten posiada jakiś absolutny-zmysł temperatury i wyczuwa wahania cieplne mierzone w ułamkach stopnia. Pod­czas pracy wsuwa dziób co kilka minut w kopiec, wyciąga go wraz z piaskiem i po ?zakosztowaniu? temperatury ?termome­trem? języka czy podniebienia miękkiego, rozsypuje próbkę na obie strony.

Mimo tak pełnych zaparcia nieustannych trudów rzadko kie­dy dochodzi do wylęgu wszystkich jaj. Potężne burze z ulewami zalewają wnętrze kopców. Lisy i inne drapieżniki, znając dobrze ich smaczną zawartość, rozgrzebują budowlę i pożerają wielkie jaja.

Również młode pisklęta czeka twardy los. Ich rodzic jest tak mocno zaaferowany pielęgnowaniem jaj, że po wylęgnięciu się potomstwa ani sekundy dłużej nie troszczy się o nie. Świeżo wyklute pisklę musi samo własnymi siłami przebić się z komory lęgowej, poprzez wszystkie warstwy piasku i kompostu na świe­że powietrze. Ta mozolna wędrówka może trwać 15 do 20 go­dzin. Niemało słabych stworzonek nie potrafi temu podołać i dusi się po drodze.

Gdy tylko pisklę wydobędzie się z kopca lęgowego, stacza się wyczerpane i oszołomione w dół po pochyłości i szuka na parę godzin schronienia pod pierwszym lepszym krzaczkiem. Rodziców swoich z zasady nigdy nie widzi. Odpocząwszy nieco, potrafi bardzo szybko biegać. Na krótko przed zapadnięciem nocy może już pofrunąć na gałąź, by bezpiecznie zapaść w sen. Dal­sze koleje jego losu – to życie w samotności ponurej, milczącej półpustyni, wypełnione mozolna pracą. Nogal ucieka przed wszy­stkim, co się porusza w zaroślach, nawet przed członkami wła­snego rodu, nawet przed własną samicą.

Męskie pisklę skoro wyrośnie, buduje na okres lęgowy skomplikowany inkubator i obsługuje go równie precyzyjnie jak jego ojciec, aczkolwiek nigdy przedtem nie zetknęło się z tą pra­cą” (Instynkt czy doświadczenie).                                                               ‚

Czy ten niezwykły wysiłek nogala, warunkujący rozrodczość, ma coś wspólnego z rodzicielstwem ludzkim?

Niezwykły ptasi inkubator, którego budowy nikt – poza in­stynktem – nie uczy, i zupełna obojętność ptaka na los samicy i tych, dla których inkubator został zbudowany i pielęgnowany.

Żadne próby wyprowadzenia nogala w przysłowiowe ?poje? nie powiodły się. Zawsze wracał jakby odgórnie przymuszony do swo­jej czynności, którą wykonywał według zaprogramowanego planu. Jaki był w tym działaniu jego udział? Całe zjawisko wskazuje na to, że był tylko narzędziem instynktu na służbie swego gatunku.

Jedynie człowiek poprzez swoje rodzicielstwo wypowiada siebie. Uczestniczy w nim w sposób wolny i odpowiedzialny, bo świadomy. W akcie małżeńskim wypowiada się poprzez swoją cielesność. W tym akcie poprzez miłość następuje przekrocze­nie odrębności ciała, które wspólnie z erosem pełni rolę jakby ?narzędzia” prowadzącego do zjednoczenia małżeńskiego, pod­czas gdy w zwykłych warunkach ciało oddziela człowieka od czło­wieka, co gwarantuje człowiekowi ?nienaruszalność jego wnętrza”.

W życiu społecznym staje się ciało pomostem w braterstwie, poprzez uczynki miłości, której wyrazem jest służba braciom. Ten bezinteresowny dar z siebie – czyni miłość pomostem mię­dzy niebem a ziemią.

Ta sama miłość jest miłością rodzicielską. Z natury swojej powinna być całkowicie bezinteresowna. W. Bergengruen mówi słusznie: ?Miłość do dzieci jest, być może, najsilniejsza, gdyż wie o tym, że nie może się niczego spodziewać”.

Prawdziwa miłość jest jedna, zawsze niesie w sobie bezin­teresowny dar i moc twórczą.

Szczególną i niezastąpioną rolę w twórczości rodzicielskiej odgrywa kobieta. Nie tylko dlatego, że we wszystkich rodzajach twórczości jest zwykle jej inspiratorką. Moce tkwiące w macie­rzyństwie kobiety są zdolne podtrzymać i utrzymać twórczość świata. ?Bo być matką i mieć pełnię uczuć matki, to znaczy od­dać siebie w ofierze potrzebującemu i opuszczonemu, to podać pomocną rękę z najgłębszą miłością wszystkiemu, co slabc i dzie­cięco bezbronne” – pisze G. von Le Fort – pisze też dalej mi­strzyni rozeznawania duszy kobiecej: ona to nie tylko towa­rzyszka życia męża, nie tylko matka jego dzieci, jest również inspiratorką i uzupełnieniem jego ducha”. Dlatego to ?w ogól­nym pomieszaniu pojęć ?wyzwolona kobieta? odnajduje w świe­cie ten sam tragizm, który ją wypędził z rodzinnych ram” (Nie­wiasta wieczna).

Kobieta-matka nosi w swoim wnętrzu drugiego człowieka, który jest całkowicie od niej zależny i któremu gwarantuje ona istnienie. Czuje to istnienie w sobie, jest nim prześwietlona. To daje jej moc i czyni ją bramą dla tego, co stworzone, by mogło żyć.

W każdym akcie zrodzenia sama kobieta rodzi się na nowo, bo zrodzenie uruchamia w niej nie tylko fizjologię ?narządów macierzyńskich”, których naczelnym organem w rodzicielstwie ludzkim jest mózg, ale uczynnią na nowo kosmiczną siłę, tkwią­cą w jej bezgranicznym, bezinteresownym oddaniu siebie. Do ta­kiego oddania zdolna jest tylko kobieta. Jest zdolna także do ?ro­dzenia” ojca ich dziecka, a także do macierzyństwa powszechnego.

Takie bogactwo twórczości otrzymała kobieta, by móc nim obdzielić wszystkich żyjących. Nie rodzi się gotowa do podjęcia tego daru. Uzdalnia się do jego podjęcia poprzez wychowanie i samowychowanie.

Kobieta jest strażniczką miłości rodzicielskiej, której nie można oddzielać od miłości małżeńskiej we wspólnym dorasta­niu do pełni człowieczeństwa.

Natrafia to niekiedy na poważne przeszkody.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.