JA – CZŁOWIEK

Człowiek – istota nieznana. Alexis Carrel, biolog, lekarz, lau­reat nagrody Nobla za prace nad przeszczepami tkanek, tak wła­śnie zatytułował swoją, słynną w całym świecie, książkę.

Czy odpowiada to dumie człowieka XX wieku, który szczy­ci się (często słusznie) ogromem wiedzy, zwłaszcza w zakresie przyrodniczych nauk szczegółowych? Wszakże człowiek ciągle pozostaje ?istotą nieznaną” także dla nauk przyrodniczych, które zresztą nie wyczerpują wiedzy o nim.

Istniejące w człowieku elementy struktury cielesno-duchowej są ze sobą sprzężone tak ściśle, że ciało wypowiada ducha, a duch nadaje formę ciału. Tak więc ciała nie można odczytać bez odczytywania ducha.

Kim więc jestem ja – człowiek? W poszukiwaniu odpowiedzi napotykam na znamienny tytuł książki polskiego filozofa: Człowiek i tajemnica (S. Swieżawski). A więc ciągle poruszam się w kręgu taje­mnic. Dotyczą one mnie samego, a jednocześnie mnie przerastają.

Jak odczytać swoją tożsamość? Nie mogę jej odczytać ina­czej jak odczytując równocześnie ducha w cielesności.

Pomaga mi w poszukiwaniach wspaniały obraz zmagań czło­wieka przedstawiony przez Saint-Exupery’ego w Ziemi, ojczyźnie ludzi – opowieści o przyjacielu, który przeżył przygodę prawdziwe­go człowieka i znalazł klucz do pokonania bezwładności biologicz­nej, wydobył z siebie to, co jest nieśmiertelnym stygmatem czło­wieczeństwa i zawarł to w słowach: ?Myślałem o żonie”.

Opowieść zasługuje na to, by ją przytoczyć w obszernym fragmencie.

??Tego, co zrobiłem, przysięgam ci, nie byłoby dokonało żadne zwierzę?.

Burza, która w ciągu czterdziestu ośmiu godzin zasypała chilijskie stoki Andów warstwą śniegu o grubości pięciu metrów, wypełniła całą widzialną przestrzeń…

Oblodzenie pozbawiło mnie kontroli sztucznego horyzon­tu i zniosło jak kapelusz z sześciu tysięcy na trzy tysiące pięćset metrów. Na tej wysokości dostrzegłem pod sobą czarną poziomą masę, która pozwoliła mi wyrównać położenie samolotu. Rozpo­znałem jezioro – była to Laguna Diamante. Wiedziałem, że mie­ści się ona w głębi leja, którego jedna ściana, wulkan Maipu, wznosi się aż do sześciu tysięcy dziewięciuset metrów. Chociaż wydostałem się już z chmury, byłem oślepiony gęstą zamiecią śnieżną i nie mogłem opuścić mojego jeziora bez narażenia się na rozbicie o ścianę gardzieli. Krążyłem więc ponad Laguną na trzydziestu metrach wysokości, dopóki nie zabrakło mi paliwa. Po dwóch godzinach takiego manewrowania lądowałem z kapotażem. Kiedy wydostałem się spod samolotu, przewróciła mnie burza. Stanąłem na nogach – przewróciła mnie ponownie. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko wśliznąć się pod kadłub i wykopać sobie schron w śniegu. Otuliłem się worami pocztowy­mi i czekałem przez czterdzieści osiem godzin.

Po czym, gdy burza się uspokoiła, puściłem się pieszo w drogę. Szedłem tak pięć dni i cztery noce…?

W ciągu tej nocnej opowieści widziałem cię (przyjacielu), maszerującego bez czekana, bez sznurów, bez zapasów żywno­ści, wspinającego się na przełęcze, sięgające czterech i pół tysią­ca metrów, lub posuwającego się wzdłuż prostopadłych ścian, przy czterdziestu stopniach mrozu, na pokrwawionych nogach, kolanach i dłoniach. Tracąc powoli krew, siły i przytomność, sze­dłeś naprzód z uporem mrówki, zawracając z drogi dla obejścia przeszkód, podnosząc się po upadkach, wspinając się ponownie po stokach kończących się przepaściami i nie pozwalając sobie na żaden odpoczynek, po którym nie byłbyś już powstał z tego śnieżnego łoża.

W istocie, jeśli się pośliznąłeś, musiałeś prędko wstawać, żeby nie zamienić się w kamień. Kamieniałeś bowiem natych­miast od zimna i zakosztowawszy minutowego odpoczynku mu­siałeś napinać już zmartwiałe mięśnie, żeby powstać.

Opierałeś się więc tym pokusom. Powiedziałeś mi: ?W śniegu traci się wszelki instynkt samozachowawczy. Po dwóch, trzech, czte­rech dobach marszu pragnie się już tylko snu. I jago pragnąłem. Ale mówiłem sobie: Jeżeli moja żona myśli, że żyję, wierzy również, że idę. Koledzy wierzą, że idę dalej. Oni wszyscy mają do mnie zaufa­nie. Będę ostatnim bydlęciem, jeżeli przestanę iść naprzód?.

Szedłeś więc, ostrzem scyzoryka powiększając codziennie nacięcia na swoich butach, żeby odmrożone i spuchnięte nogi mogły się w nich pomieścić.

Raz jednak upadłszy na śliskim śniegu nie miałeś już ocho­ty dźwigać się.

?Zrobiłem wszystko, co mogłem, i straciłem wszelką nadzie­ję, dlaczego więc upierać się przy tym męczeństwie??

Wystarczyło ci zamknąć oczy, ażeby w świecie zapanował spokój, żeby wymazać z niego skały, lody i śniegi. Niech tylko zamkną się te zdolne do działania cudów powieki, a nie będzie już uderzeń ani upadków, ani poszarpanych mięśni, ani ciężaru życia, które trzeba ciągnąć jak wół, gdy ono tymczasem staje się cięższe od wozu.

Świadomość opuszczała powoli coraz bardziej odległe dzie­dziny tego ciała, które jak zwierzę, pojone dotąd cierpieniem, zaczynało już uczestniczyć w obojętności marmuru.

Wyrzuty wyłoniły się ze skrytych głębin twojego sumienia. Do marzeń przyłączyły się konkretne szczegóły: ?Myślałem o żonie. Moja polisa ubezpieczeniowa uchroni ją od nędzy. Tak, ale ubezpieczenie…?

W wypadku zaginięcia urzędowe stwierdzenie zostaje odłożo­ne do czterech lat. Ten szczegół ukazał ci się wyraziście, zamazując inne obrazy. A ty leżałeś na brzuchu na stromym stoku śnieżnym. Z nadejściem lata twoje ciało stoczyłoby się wraz z błotem do jednej z tysiąca skalnych szczelin Andów. Wiedziałeś o tym. Ale wiedziałeś również, że na pięćdziesiąt metrów przed tobą wyłania się skała. – Pomyślałem: ?Jeżeli zdołam wstać, może do niej dotrę i o ile wcisnę się całym ciałem w kamień, znajdą je, kiedy przyjdzie lato?.

Ale raz stanąwszy na nogach szedłeś dalej trzy dni i dwie noce.

Nie spodziewałeś się jednak zajść daleko:

?Domyślałem się bliskiego końca po wielu oznakach. Oto jedna z nich. Musiałem zatrzymywać się mniej więcej co trzy godzi­ny, ażeby nacierać spuchnięte nogi albo po prostu dać wytchnąć sercu. Ale w ostatnich dniach zaczynałem powoli tracić pamięć.

Jedynym ratunkiem jest zrobienie jednego kroku i jeszcze jednego kroku. Stawia się ciągle na nowo ten sam krok…

Tego, co zrobiłem, przysięgam ci, żadne zwierzę nie byłoby dokonało.

To zdanie, najszlachetniejsze, jakie znam, to zdanie, które stawia człowieka na właściwym miejscu, przynosi mu zaszczyt i przywraca rzeczywiste hierarchie…

Odwaga Guillaumeta wynika przede wszystkim z jego rzetelności.

Nie w tej odwadze leży też jego rzeczywista wartość. Jego wielkość to poczucie odpowiedzialności”.

Mogę więc siebie poznać, kiedy w trudnej sytuacji przekra­czam siebie. Trud podjęty w imię miłości do ukochanej osoby, podnosi mnie i daje mi możliwość przekroczenia siebie. Łączy mnie to z bliskimi, daje mi poczucie braterstwa z nimi i przybli­ża mnie do Stwórcy.

Żadne nierozumne stworzenie nie byłoby zdolne przekro­czyć granic swojej biologii. Tylko człowiek otrzymał taką szan­sę. Otrzymał ją wraz ze świadomością swojej godności, która uświadamia mu jego wartość, wartość człowieka-osoby, istoty nieśmiertelnej wśród istot śmiertelnych.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.